Dawno temu, w epoce burzy i naporu, młodości chmurnej i durnej, kiedy kontestowałam wszystkich i wszystko, w mojej głowie ostała się jedna stała. Aksjomat, niewzruszona opoka, być albo nie być, dla której byłam gotowa drzeć szaty, awanturować się do upadłego i tupać nogami. Piękno. Trochę infantylnie się do życia podchodziło, ale co tam. Ideały trzeba mieć.  Choćby się waliło i paliło, choćby wyły wszystkie syreny, harmonia ma być i koniec. Minęło parę lat, świat się zmienił i życie nie jest już takie proste.

Do tej pory wszystko było ładnie pięknie. Wszem i wobec królowała grecka interpretacją dążenia do doskonałości. Banał. Człowiek witruwiański, Dawid, zapierający dech Rodin. Yves Saint Laurent. Długie nogi, idealne twarze, power woman. Nie było nad czym dyskutować. Oczywista oczywistość. Efekt wow na dzień dobry. Pewnie, że na przestrzeni wieków kanon ulegał zmianom, piękno ewoluowało, przybierając różne formy ale możliwość odniesienia do pitagorejskiej definicji doskonałej struktury, wynikającej z proporcji części, ułatwiała ocenę. Świat był spokojniejszy przynajmniej w tym wymiarze. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc i w tym przypadku nastąpił nagły zwrot akcji. Piękno uznano z wyświechtany frazes, bo ileż można ? Nie takie rzeczy ludzie wyczyniali. Kto by się tam martwił o jakieś przestarzałe proporcje ?

Gotowi ? Uwaga ! Brzydkie is coming. Piękno do domu, witamy ciemną stronę mocy. Brzydota awansowała na piedestał, wypada się nią zachwycać, dostrzegać niedostrzegalne, widzieć ideał w dysharmonii. Trochę to naciągane jak dla mnie. Sztuka mniej i bardziej współczesna stosuje celowe zabiegi deformacji. Jeśli jest w tym staranie, głębsza myśl, wnętrze, zazwyczaj jest i piękno. Będąc nastolatką zachwycałam się Picassem, bo to taka piękna dysharmonia była. Kategoria estetyczna „takie brzydkie, że aż piękne”, ale w tym celowe działanie artysty w dążeniu do doskonałości, o czym zresztą sam Picasso wyraźnie mówił. I wszystko się zgadzało. Aż do teraz. Bo teraz wymiękam.

Piękno sprawowało władzę nad światem. Grecy rzekli harmonia jest piękna i tego się wszyscy trzymali długie lata. Oczywiście możemy zaplątać się w niekończące się dywagacje na temat sztuki prehistorycznej oraz ówcześnie stosowanej formy, kształtów i środków wyrazu, możemy zastanawiać się nad wymysłami kubistów, kanciastymi kobietami, cudacznymi ludkami Miro i tak dalej bez końca, cały czas pozostając w kręgu harmonii, struktury i proporcji części. W kręgu piękna. Do czasu.

Turpizm rules. Od dawien, dawna kult deformacji, defragmentacji i innych dekapitacji nie miał się tak dobrze. Tak, tak wiem. Wieki średnie czyli czarna dziura ludzkości (jedna z wielu). Tyle, że wtedy taki Hieronim Bosch straszył niepiśmiennych ogniem piekielnym, bo telewizji nie było, a w ciemnej katedrze trzeba było nastrój jak z horroru zbudować. Strach trzyma ludzi w pionie, więc straszono biedaków ile wlezie. Co więcej, człowiek wygrzebując się z mroków średniowiecza, niemalże non stop dążył do zamazania czarnej karty i powrotu do źródeł czyli antyku z jego harmonią i estetyką. Piękno stało się orężem, wyrazem człowieczeństwa, śladem bytu, oazą humanizmu. Logika nakazuje dążyć do doskonałości, ciągłego ulepszania, poprawy jakości. Obecny nurt estetyczny zaprzecza więc zdroworozsądkowej ludzkiej mądrości, aby to co trzeba rosło w siłę, a ludziom żyło się dostatniej.

Co jest przyczyną ? Subiektywnie oceniam, iż zwyczajnie przesyt. Piękno wymaga nakładów, zgodnie z zasadą, że nic z niczego się nie bierze. Pracy wymaga po prostu. A brzydota tak jakby sama z siebie się dzieje. Na początku XX wieku, guru od kobiecego piękna, sama nie będąca klasyczną pięknością Helena Rubinstein powiedziała, że kobiet brzydkich nie ma. Ale leniwe tak. Zasadniczo mogłoby to wystarczy za wyjaśnienie szturmu brzydoty. Po prostu i zwyczajnie robić się nam nie chce, więc poprzeczka poszła w dół.

W jaki sposób rzeczony trend jest odzwierciedlany w modzie ? Moda się adaptowała do otoczenia czy też sama była prowodyrem ? To zwykła koniunktura czy już stały element świata ? Wiek XX był epoką wielkich krawców. Kobieta miała zachwycać i czyniła to z prawdziwym impetem. Podobno dopiero teraz feminizm rozwija skrzydła, ale chyba po kryjomu. W tym szowinistycznym świecie XX wieku kobieta była jeszcze na tyle głupia, by ubraniem chcieć przypodobać się mężczyźnie. Całkiem nieźle jej szło. Może i głupia była, ale wizerunkowo zwalała z nóg, facet był dodatkiem do kreacji, mógł co najwyżej odpalić jej papierosa jeśli zdążył. A potem się porobiło. Z nudów chyba, bo zasadniczo wszystko już było. Chciało się, to brało. Taniec godowy też stracił na wartości, więc o co robić tyle szumu ? Po co urabiać się po łokcie ? Wielcy krawcy poumierali i pojawiła się Miuccia Prada.

Jakiś czas temu obszerną rozmowę na temat obecności brzydoty we współczesnej modzie prowadziły Valerie Steel i Lou Stoppard. Biorąc pod uwagę nazwiska i renomę obu Pań, sezon na turpizm można uznać za oficjalnie rozpoczęty. Jedną z tez postawionych w trakcie dyskusji jest przypisanie właśnie Miucci Pradzie znacznego udziału w inwazji antyestetyki na świat mody. Niech tę babę piorun strzeli. Nie od parady mówi się, że krawcowa szyje na siebie. Prada szyje za ciężkie miliony i ja tego za cholerę pojąć nie mogę. Operatywna Włoszka wykreowała czy wyczuła trend ? Tak, czy inaczej jest skuteczna. Najazd deformacji, defragmentacji i innych dekonstrukcji jest wiodącym kierunkiem na wybiegach. Nawet Oscar de la Renta skapitulował i opuścił ten padół. W rozmowie pojawiły się również nazwiska Christophera Kane’a i Rei Kawakubo. Nie do końca zgadzam się z przypisaniem im roli prekursorów nurtu brzydoty w modzie. Kawakubo i Comme des Garcons to niszowa moda architektoniczna, kunsztowne konstruowanie ubrania poprzez jego dekonstrukcję, wpływanie na trendy wśród wybranych i wtajemniczonych. Ponadto to ewidentne sięganie do tradycji kulturowych, czerpanie ze źródeł, co tylko wzmacnia wartość dzieła, ale nie jest wystarczającym powodem by zachłystywać się tym globalnie. Z kolei projekty Christophera Kane’a dziwnym trafem nie wywołują moich skojarzeń z brzydotą. To przeżycie estetyczne z gatunku tych miłych. Geneza brzydoty leży w bylejakości i pójściu na łatwiznę, jest banalna i nie dorabiajmy do niej nadmiernej ideologii.

Złote trzewiki niejakiej Joanny od Mody (kto ciekaw niech sobie zerknie na Pudelka, to nie grzech) są brzydkie. Nie chce być inaczej. Są też modne. Będą tacy, dla których będą piękne. Nie zmienia to faktu, że na stopie w czarnej rajtuzie wyglądają jak rozciapany kapeć. Cóż, co komu smakuje od tego się nie otruje. Dryfuje nam już jednak Joanna, która łyknęła trend turpistyczny na śniadanko i teraz kompas chyba zaczyna szwankować. Futrzany but Maison Margiela nie umywa się do tego co robi Dominika Nowak. O tym pierwszym powiem, że klasyczne brzydactwo, o Nunc że nowoczesne i awangardowe, ale nigdy brzydkie. Niuanse niby, ale diabeł tkwi w szczegółach.

Kultura masowa lubi schlebiać kiepskim gustom. Valerie Steel argumentuje w tej rozmowie, że każda nowość w modzie najpierw spotyka się z dezaprobatą ogółu, by potem zyskać uznanie i wejść do powszechnego obiegu. Nie jest to jednak argument na wartość tejże nowości. Brzydota panuje bo jest łatwa. Łatwa w tworzeniu, łatwa w odbiorze, łatwa w imitacji. Łatwiej nic nie robić i być brzydkim, niż postarać się być trochę ładniejszym. Kontestacja przez brzydotę to zwyczajne lenistwo. Brzydota sugeruje aktywność i autonomię mówi Lou Stoppard. Pewnie, że każda kobieta jest z natury trochę przekorna. Tylko, że granica jest cienka. Granica między byciem ładną, a byciem śmieszną. Zawsze bawiła mnie nadmierna koncentracja na wizerunku, zazwyczaj w kontekście relacji włożonego wysiłku do uzyskanego efektu. Klasa to robić wrażenie bez makijażu, ale czy to już nie będzie turpizm ?

Moda to przebranie, gra, udawanie, kreowanie, co kto woli lub potrzebuje. Moda jest dodatkiem, interpretacją rzeczywistości, narzędziem, bywa sztuką. Wybór antyestetyki to swego rodzaju deklaracja. Tylko tym razem mam problem ze zdefiniowaniem czego ta deklaracja dotyczy. O co walczymy ? Jak nie wiadomo o co, to zawsze o kasę. I na co te wszystkie dywagacje ? Piękno to splot wielu czynników, zewnętrznych, wewnętrznych, przeżycie lub afirmacja czegoś. Piękno wymyka się sztywnym definicjom, ale zawsze pozostanie w ramach harmonii, ładu i dobra. Paradoksalnie, piękno nie musi być wizualnie piękne, ale każdy (większość ?) z nas potrafi je bezbłędnie rozpoznać. Myślę, że człowiek w głębi siebie, zawsze będzie do niego dążył, poszukiwał. Brzydota ? Przeżyje swoje pięć minut. Poza tym aż tak bym jej nie demonizowała, nie przypisywała kolosalnego znaczenia, siły sprawczej i innych cudownych mocy. Pewien Włoch powiedział – „Wiem czego pragną kobiety. Pragną być piękne.” Nazywał się Valentino Caravani i chyba wiedział co mówi.