“Pracownik domu aukcyjnego ukrywa skradziony, bezcenny obraz. W czasie ucieczki traci pamięć. Szef gangu wynajmuje dla niego terapeutkę, która ma mu pomóc odzyskać wspomnienia.” FilmWeb

Od czasów Trainspotting uwielbiam Danny’ego Boyle’a bezgranicznie. Przemawia do mnie jego stylistyka, narracja, forma. Prowadzenie fabuły. Do tego młody McGregor był sobowtórem (pod każdym względem) ówczesnego bożyszcza dziewczyn w Bielsku i okolicach, więc wogóle wszystko jasne. I pozamiatane. Love U Forever.

No więc nie wiem czy mam pisać cokolwiek więcej, bo zwyczajnie nie jestem obiektywna.  A TRANS jest dobry. Jest naprawdę dobry i świetnie zagrany. Klasyk rules czyli na początku trzęsienie ziemi, napad, strzelanina, rozwalona głowa, amnezja, obraz Goyi był i nie ma, nie wiadomo gdzie jest, gangsterzy, dziewczyna. No i dopiero tutaj startujemy. Hipnoza. I zaczyna się labirynt, bez oczywistości, niejasny, nikt nie jest czysty i przejrzysty, nie wiadomo kto kogo oszukuje, wrabia, zna, kocha lubi i szanuje. Fajnie jest. Kombinujemy. Oj, kombinujemy. I tak nic z tego. Bo Danny Boyle doprowadzi nas do samego końca na najwyższych obrotach.

Określenie Jakuba Popieleckiego dla Transu jako kina neon-noir  jest fantastyczne. Nic dodać, nic ująć, dziękujemy i do widzenia Państwu. Bo jest w tym jakiś taki szybki, klubowy klimat. Tempo. Dzień, noc. Zatarte granice snu, jawy, prawdy i nieprawdy. A to wszystko lekkie, bez jakiejś nadętej emfazy, misji i pseudopsychologii. Ale nie płytkie. Wyrafinowane i pod każdym względem doskonałe. Świetne kino.