Slow Fashion czyli co ? Jakość, tkaniny, etyka wykonania, design, ręczna produkcja. To jest w cenie, to jest modne, to jest trendy. Po raz enty odkryliśmy Amerykę.

W ostatnim TS (nr 6/czerwiec 2015) Joanna Bojańczyk pisze właśnie o owym nowo odkrywanym zjawisku czyli (po)wolnej modzie, która się nawet  warszawskiej imprezy targowej doczekała. I ja się z Panią Redaktor tym razem (bo czasami to nie) zgadzam w pełnej rozciągłości. Zgadzam się, że to jakiś mocno naciągany trend jest, a jak coś jest naciągane to ja się również robię podejrzliwa.

Wszystko to jest bardzo fajnie, że pragniemy z ery unifikacji ponownie przejść do ery indywidualizmu. Chcemy opuścić strefę sieciówek i wspiąć się szczebelek lub nawet kilka wyżej, aby osiągnąć nirwanę w wysublimowanym świecie slow fashion właśnie. Wytłumaczę na przykładzie. Jakieś 15 lat temu, kiedy coś takiego jak centrum handlowe to tylko w Ameryce było, kiedy sieciówka kojarzyła się co najwyżej z siatką na zakupy, a internet to Bill gdzieś tam dopiero testował, moda naprawdę istniała. Serio. Co więcej prościej było, bo jeżeli chciałam dobrze wyglądać to musiałam iść na najdroższą ulicę handlową w mieście i tam się ubrałam jak trzeba, co już parę  lat później nie było takie oczywiste. Era krawcowych mnie ominęła, ale gotowe rzeczy miałam pierwsza klasa. Piękny zimowy płaszcz w kamelowym kolorze, świetne sztuczne futro, w którym całe liceum przechodziłam (!), do dnia dzisiejszego od czasu do czasu zakładam rewelacyjną zamszową spódnicę z Max Mary, mam ponadczasową małą czarną z Telimeny i sławetny trencz z Deni Cler, który kupiłam bardzo okazyjnie zamiast wanny. Do tego posiadam całe mnóstwo pomniejszych rzeczy, które spokojnie mogę założyć każdego sezonu i one każdego sezonu wyglądają jak prosto ze sklepu.

Czasami dochodzę do wniosku, że aktualnie na rynku króluje więcej tandety niż kiedyś, gdzie proporcje dobrego do złego to jak 20 do 80. Paradoksalnie w głębokim PRL relacje były odwrotne. Dlaczego ? Odsyłam do świetnej i niemalże już kultowej książki Aleksandry Boćkowskiej “To nie są moje wielbłądy”, a z autopsji mieszkanki Bielska – Białej powiem tylko tyle, że fenomenalna kiedyś bielska wełna, z której szyli najwięksi francuscy krawcy, należy już do zamierzchłej przeszłości. Była powszechna, bo nie było innej. Gorszej.

Ta jakościowa zapaść stała się w pewnym momencie zaczątkiem reaktywacji tego co dobre pod chwytliwym hasłem slow fashion. Całkiem sprytne, bo człowiek żyjący szybko, tak naprawdę nie ma ochoty pędzić jak ferrari. Wolałby wolniej, bo celebrowanie życia ewidentnie kojarzy się nam z przyjemnościami. Slow fashion to przede wszystkim dobry gatunek, dobry styl i indywidualizm, a niekoniecznie szafa składająca się z dziesięciu sztuk garderoby zakupionej w Zarze. To nie o to kaman. Nie jest to również dziesięć sztuk garderoby kupionej w atelier jednego czy drugiego projektanta z warszawskim adresem. Zasadniczo chodzi o to, by kupować świadomie. Oczywiście iść z trendami, ale mądrze z tych trendów wybierać i nie dawać się ogłupiać. Trzeba rozróżnić dobry wygląd, od modnego, przy czym modny nie wyklucza dobrego i na odwrót. Każdy z nas jest indywidualnością, o którą warto dbać i podkreślać ubiorem. Nie róbmy z siebie na siłę kogoś innego. Wybierajmy jakość, rzetelność, dobre tkaniny, dbajmy o nasze ubrania, szanujmy.

Będąc małą dziewczynką miałam mnóstwo sukienek, które szyła zaprzyjaźniona krawcowa. Bez wykrojów szyła, sama wymyślała. Materiały były z Pewexu, więc wyglądają do dzisiaj nieskazitelnie, a sukienki czekają, aż podrośnie moja córeczka. I to jest właśnie slow fashion.

* Sweter ze zdjęcia (lato 1984, mam 7 lat) nadal jest u mnie.