Pisz codziennie. Pisz. Twórz. Kreuj. Zarabiaj. [cytuję Wiesz Kogo] W końcu ręka tak Ci się wyrobi, że sama popłynie. Woda spod pióra. Nie mam czasu. Zarobiona jestem. Opowiem Wam bajkę na dobranoc. Tyle.

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami, w królestwie fantazji żyła sobie królewna. Strasznie była zabiegana, zalatana, i dawała radę na dziesięciocentymetrowych obcasach. Świat u stóp i przed nią. Książęta jeden za drugim u bram, a ona niemalże jak jakiś conqueror u wrót nowego lądu. Nic nie miało końca, wszystko było wieczne i bezkresne. Tyle możliwości i dróg do wyboru, neverending story. Królestwo prosperita. Tylko tak jakoś sensu brak, ale niewidoczna niewiadoma to była. Ten sens. Bo ogólnie don’t stop the party.

Aż pewnego dnia pojawił się On. Pocałował królewnę, a ona stwierdziła “bierzemy go na króla”. Bo zdecydowana dziewczyna była, a się już jej w bajce nudziło. Do tego głupotą byłoby przepuścić okazję do wyrychtowania się na milion dolców i nie daj Boże, pogardzić czerwonym dywanem. Czyli miód i wino piłem, do rana tańczyłem. A potem pojawiło się Ono.

I mamy kolejny zwrot akcji. Taki mega. Coś jakby z królestwa imperium się nam zrobiło. Tylko granice ma wyznaczone. Niektórzy powiedzą dupa. Po bajce. Szlag trafił obcasy, horyzont, dni i noce, białe rumaki i inne bajery. Durnie. Człowiek nie ma pojęcia czym jest świat, czym jest cokolwiek, dopóki nie będzie miał dziecka. Jest sens. Jest moc. Przestajesz pytać bo wiesz. Serce bije. Polecam.

A wracając do królestwa. Daje radę. Gdyby się królewnie chciało balować bez końca, wszystkie włości prędzej czy później szlag by trafił. Taka kolej rzeczy. Atawizm, czy nie atawizm. Life po prostu. Tyle. No, i dlatego szkoda czasu na lanie wody.