Jest taka scena w “Mężczyźni wolą blondynki” kiedy Dorothy Shaw, tak w zasadzie dosyć sceptycznie nastawiona do płci przeciwnej, dowiaduje się, że podróżuje statkiem razem z drużyną olimpijską. Czego następstwem jest  stwierdzenie: “Drużyna olimpijska, dla mnie  ? Ktoś o mnie myśli …” No, bo dzisiaj będzie o tym, że aby dobrze wybrać trzeba trochę poprzebierać. I że strasznie mnie dołują nudne, zmęczone sobą pary, z czego to wynika i jak ominąć takie rafy.

Zauważyliście, że wokół jest dość sporo związków, które de facto nie powinny wogóle powstać, istnieć, a nawet wegetować ? Takich starych młodych, którzy z niewiadomych względów tkwią razem w jakimś dziwnie dyskomfortowym połączeniu ? Nudnych i przewidywalnych do bólu ? I zastanawiamy się, czy oni wogóle coś do siebie czują czy tylko kiedyś z przypadku się przelecieli i tak od tego czasu niezdrowo do siebie przylgnęli bez emocji. Przykre to jest. Takimś jakimś niemiłym uczuciem mnie to napawa. Brrrr…

Bo jak mówi Mistrz: na początku musi być trzęsieni ziemi, a potem napięcie musi stopniowo narastać. Uważam, że jak dotąd lepszego przepisu na udany związek nie wymyślono.  Ale (zawsze jest jakieś “ale”) jak wszystko co dobre wymaga to trochę wysiłku, a już na pewno dobrego scenariusza i łutu szczęścia. No, sorry ale życie nie jest sprawiedliwe, jest full of zasadzkas, a czasem brutal. Albo się z tym pogodzimy, albo zostają nam ciepłe kluchy. A tego chcielibyśmy uniknąć.

Do sedna. Od czego zaczyna się produkcja filmowa ? Od scenariusza. No, w omawianym przypadku oznacza to określenie tego czego chcemy, bo jak wiemy czego chcemy, a czego nie chcemy to już jesteśmy do przodu. Problem, w tym jak ktoś nie wie, ale o tym za chwilę. Potem przechodzimy do produkcji, czyli trzeba trochę kasy, zgodnie z zasadą, że aby wyjąć trzeba włożyć. No i najlepsze czyli CASTING.

Jak to się ma do naszej sytuacji ? No, bardzo prosto … jednych kręcą chude blondyny, inni wolą drobne brunetki, komuś smakuje kawał chłopa, a inny woli intelektualistę w okularach. Jedni włażą na Rysy, a inni łażą po klubach. Są amatorzy wolnych związków, zwolennicy ślubów, ci co nie znoszą dzieci i ci, którzy ich bardzo pragną. Do tego dochodzi cała masa rzeczy, które mogą nas łączyć lub dzielić. Jeszcze cała scenografia tego wszystkiego i tak dalej. Jednym słowem nawet osławiony Deep Blue od Kasparova by nie dał rady. A my musimy.

Człowiek jest istotą stadną i lubi łączyć się w pary (trójkąty nie są przedmiotem niniejszej dysertacji). Ale znaleźć tę właściwą parę, aby nie popaść w stagnację, czarną rozpacz i lać łzy nad przegranym życiem i straconym czasem (tak, tak dowalimy z grubej rury dla postrachu) to już nie jest bułka z masłem. Produkcja. Czyli inwestujemy w siebie. No sorry, popatrz sobie na zdjęcie początkowe. Dobrze się przyjrzyj. MUSISZ przyciągać uwagę. Helena Rubinstein twierdziła, że nie ma brzydkich kobiet. Są tylko leniwe. I zwyczajnie głupie, no bo jeżeli ktoś nie pojął, że opakowanie sprzedaje produkt i liczy się jakość to już nie pojmie niczego, a już na pewno nie ogarnie mojego przydługiego wywodu.

I teraz spijamy śmietankę czyli CASTING. Casting musi trwać. Producent wykłada kasę i musi mieć wymagania. Te wymagania muszą zostać spełnione. W końcu szukamy obsady do roli tytułowej, w kluczowej dla nas produkcji, a nie statysty. Niestety, często wychodzi dokładnie odwrotnie i trafia się jakaś marnocina zamiast gwiazdora. Zgodnie z zasadą, że ten tylko się nie myli kto nic nie robi, szukamy dalej i do skutku. To całkiem przyjemne zajęcie. Naprawdę. Aby nic tej przyjemności nie zakłócało, należy, przynajmniej na jakiś czas, wbić sobie do głowy jak mantrę “A wise girl kisses but doesn’t love, listens but doesn’t belive, and leaves before she’s left”.  No, bo przecież nie chcemy być infantylnymi idiotkami, które zakochują się bez pamięci w każdych portkach, które zobaczą na horyzoncie. Rany Boskie, aż takie brzydkie to chyba nie jesteśmy.

Kolejna fajna sprawa to zabawa w reżysera, no bo ktoś przecież musi wcielić ten scenariusz w życie. I wszystko na naszych barkach. Wątłych. Ale czego się nie robi dla własnego szczęścia i zadowolenia. Czyli jesteśmy szefem, sterem, żeglarzem, okrętem i tak dalej. Oczywiście nawet ideałom zdarza się zajechać na manowce czyli trafić z obsadą jak kulą w płot. Wtedy prędko ją zmieniamy i to co tygryski lubią najbardziej, czyli casting, zaczyna się od początku. To jest fajne. Może być czasami męczące ale ogólnie jest fajne. Moje pokolenie od dziecka słyszało jak to mamy dobrze, bo taki wybór, a za komuny to nie było. Więc nie bójmy się nadmiaru. To nie jest złe. Za to się nie pokutuje i nie idzie do piekła. Za to są bonusy, nagrody i inne benefity. Oczywiście trzeba trochę nabyć wprawy w pewnych subtelnościach, aby nie przegiąć w jedną czy druga stronę, ale od tego Bozia dała nam rozum.

Bo rozum przy kręceniu filmów i jakimkolwiek innym biznesie jest potrzebny. Bez rozumu to my zajedziemy do lasu. Przy całym tym zamęcie dobrze jest pamiętać aby rozum był cały czas tam gdzie ma być i aby nam mózg nad nogi nie zjechał choćby nie wiem co. Rozwody są drogie i niezdrowe więc lepiej wcześniej się postarać, a nawet trochę wysilić. I ten casting z sukcesem zakończyć. I jeżeli ktoś doczytał aż dotąd (naprawdę i szczerze dziękuję) to pewnie bardzo by chciał wiedzieć jak tą główną rolę męską obsadzić i z sukcesem casting zakończyć. Prosto. Bardzo prosto. On musi mieć to COŚ. Nie, nie. Mięsem nie rzucamy. Że niby takie banały pociskam ? Banał banałem, a prawda prawdą.

To coś. Niezdefiniowane nigdy i przez nikogo. Nienazwane.  Jak z talentem. Tego się nie nauczysz, nie wypracujesz, nie nabędziesz przez zasiedzenie ani w żaden inny sposób.  Albo jest, albo nie ma. Jak rozpoznać ? Musisz poczuć, nie rozpoznać. Muszą być emocje. Nie letnie, nie chyba, nie być może. Takie dwustuprocentowe. Właśnie to trzęsienie ziemi, o którym mówił klasyk. Problem w tym, że niektórym się wydaje, że jak drogą przejedzie TIR to już trzęsienie ziemi jest. No, niestety nie jest. A w tirówki to my się nie bawimy.

Jeszcze tylko trochę szczęścia dobrze by zrobiło. Jak w biznesie. Szczęście musi być. Just a little bit.

I jeżeli to wszystko jest, to będzie filmowy happy end. A jeżeli tego cudownego połączenia składników nie dostąpimy to złota malina murowana. I aby ten tekst trochę od teorii do praktyki przybliżyć, w najbliższym poście opiszemy paru typów spod ciemnej gwiazdy, których to nigdy ale przenigdy i pod żadnym pozorem nie zatrudniajcie w swoim filmie. Poziom musi być i albo drużyna olimpijska albo nic.