Nie, nie, po trzykroć nie. Nie będę blogerką parentingową, nie będę wymachiwała nikomu pieluchą w pobliżu talerza z obiadem i nie będę ciągała mojego mężczyzny na porodówkę. Nie mam też zamiaru pstrykać moim dzieciom miliona fotek na fejsa aby tabun obcych osób mógł się nad nimi pastwić ku uciesze gawiedzi.

Ostatni felieton Fiolki Najdenowicz “Mamusiu puknij się w czoło !” po prostu koniecznie do przeczytania, bo to właśnie ten tekst stał się bezpośrednim impulsem do tego wpisu.

Jakiś czas temu burzę z piorunami wywołał felieton Profesora Mikołejko “Wózkowe – najgorszy gatunek matki”, który ukazał się w Wysokich Obcasach (tutaj). O matko z córką, co to się nie działo ! Biedny Profesor, o mało co zostałby zlinczowany przez tabun rozwścieczonych jego szczerością mamusiek. W pierwszym odruchu stwierdziłam, że za ostro poszedł w ocenach, ale im dalej od tego felietonu, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że miał stuprocentową rację, a jego słowa są coraz bardziej aktualne. Smutne.

Bo wygląda to mniej więcej tak. Najpierw jest szkoła rodzenia. Wdech, wydech i inne dyrdymały. Sprawca ciąży oczywiście karnie z przyszłą matką. Radosny jak nie wiem co. Ona w międzyczasie siedzi na blogach, forach i czyta tony, w większości bredni, planując dzień zero. Do ginekologa tylko razem, najlepiej z kamerą. Przecież jej nie zostawi z obcym facetem, samej w ciąży. A kobiety teraz też niepewne. Potem razem na porodówkę. Personel skacze z radości, bo tatuś na sali to prawdziwy skarb. Proponuję, aby w ramach oszczędności w służbie zdrowia, ojciec który raz uczestniczył w porodzie, kolejne odbierał już sam w domu. Z cesarką będzie gorzej, ale co tam ! Twardy jest, da radę. Potem wracają do domciu, on oszołomiony z leksza, na kobietę swą, matkę dziecka, luka jak na predatora. A ona, rach ciach ciach, wraca do żywych. Obdzwoni z pięćdziesiąt psiapsiółek jaki to jej misiaczek był dzielny i zaczyna się. No, bo dziecko dzieckiem ale żyć przecież trzeba. I mamy to co mamy.

Z jednej strony to pełna dokumentacja, prawie że od poczęcia, na forach społecznościowych. Dalej tysiące forów rodzicielskich i kolejne tysiące blogów parentingowych o treści wszelakiej. Część jest zdjęciowa, druga kategoria to turpistyczne opisy życia rodzinnego i tych nie znoszę nawet bardziej. Kolejna kwestia to funkcjonowanie rodzicielki w społeczeństwie, bo ona przecież jako dawczyni życia, Matka Polka i reproduktorka przyszłego sponsora ZUS, rości sobie prawo niczym święta krowa w Indiach, do przywilejów na każdym kroku państwa naszego opiekuńczo-rodzinnego.

Zdaje sobie sprawę (żeby była jasność ), że przedstawiam skrajności. Problem w tym, że te skrajności przestają być marginalne. Ludzie chcą mieć dzieci, ale jednocześnie chcą aby te dzieci jak najmniej przeszkadzały im w życiu. Chcą imprezować, siedzieć w knajpach, wyjść wieczorem, robić milion rzeczy, które robili przed. Chcą i już. I mają gdzieś własne dziecko i innych. Liczą się tylko oni i ich potrzeby. Przecież żyjemy w czasach indywidualizmu i kultu jednostki. I każde indywiduum uważa, że się mu należy.

Zapominają, że mały człowiek też ma prawo do godności. Być może niekoniecznie chciałby świecić goła pupą przed obcymi i niekoniecznie ma ochotę imprezować z rodzicami do późnej nocy. Być może nie chce robić za modela na fejsbuku i nie byłby zadowolony, że matka streszcza wszystkie jego powiedzonka obcym babom. 24/7 non stop. Może wolałby zwyczajnie posiedzieć w domu lub piaskownicy, a nie wycierać wszystkich kątów po knajpach z pieluchą między nogami. Może wolałby ubierać się, a nie przebierać i niekoniecznie robić za kabareciarza, nic o tym nie wiedząc.

Te wszystkie wózkowe, które startują od family szoł na porodówce, potem w ich slangu “dają cyca”, ciorają swoim dzieckiem gdzie tylko się da, wywijając pampersami jak im wypadnie, cykające tony fotek, a każde wypróżnienie swojej pociechy konsultujące z im podobnymi, uwłaczają słowu matka.

Bo ja, my, moje dziecko to sprawa intymna. To coś magicznego. Ci mali ludzie, którzy do nas przychodzą, i to, że nas kochają – nie jest jakąś błahą sprawą. Tyle.