Czy każde ubranie to już tworzenie mody ? Czy to co modne jest ładne ? Czy kanony piękna są niezmienne i czy coś może być tak brzydkie, że aż perfekcyjne w swojej brzydocie ? O co kaman we współczesnym fashion business ?

Jak cię widzą, tak cię piszą. Banał. Ostatnimi czasy szczególnie. Odnoszę wrażenie, że współczesny świat zajmuje się w większości poszukiwaniem terrorystów, efektem cieplarnianym, Hollywood i właśnie szeroko pojętym ubieraniem się. Zastanawiam się czy w tym ostatnim osiągnęliśmy już wystarczający poziom absurdu, a jeżeli nie to jak blisko jesteśmy ?

XX wiek awansował modę do kategorii sztuki.  Jean Patou, Paul Poiret, Coco Chanel, Madeleine Vionnet, Jeanne Lanvin, Elsa Schiaparelli, Christian Dior, Christobal Balenciaga, Pierre Balmain, Hubert de Givenchy, Yves Saint Laurent, Paco Rabanne, Mary Quant, Pierre Cardin, Andre Courreges, Barbara Hulanicki, Kenzo, Vivienne Westwood, Valentino, Calvin Klein, Versace, Armani, Azzedine Alaia, Thierry Mugler, Christian Lacroix …

Wszyscy ci projektanci, ich muzy, fotografowie to swego rodzaju panteon, który na nowo stworzył kobietę. Moda, fotografia i muzyka zaczęły pełnić rolę, która wcześniej przynależała malarzom, rzeźbiarzom i poetom. Świat się zmienił.

XXI wiek zaczyna modę deprecjonować w sposób absurdalny, karykaturyzując dokonania poprzedników. Mamy do czynienia z sytuacją kiedy smok zaczyna zjadać własny ogon. Wszystko to co związane z modą stało się na tyle opiniotwórcze, wpływowe i oddziałujące na masy, że masy zaczęły płynąć nieprzerwanym strumieniem w kierunku źródła. Wierząc, że one również mogą kreować, opiniować, szyć, fastrygować, haftować i oczywiście najważniejsze, sprzedawać. Wierzę, że ten trend się odwróci. Zwycięży prawda, dobro i piękno, których osobiście, jakkolwiek naiwnie by to brzmiało, nie uważam za pojęcie względne.

Ubieranie się to kreowanie siebie. Możesz w tym być sobą lub oszustem – kabotynem. W tym ostatnim przypadku albo ludzie to kupią, albo wyjdziesz na durnia. Oczywiście mam tu na myśli osoby, które ubierają się świadomie. Wszelkiego rodzaju faszyn from Raszyn w tych rozważaniach odpuszczam. Nie wnikam także w różnego rodzaju uwarunkowania zawodowe i społeczne. Pisząc ten tekst mam na myśli przede wszystkim osoby zajmujące się modą, których wizerunek jest wizytówką ich samych, a poniekąd również branży, którą reprezentują. I trochę krew mi się burzy kiedy zaczyna mi się wmawiać, że brzydkie jest piękne. Bo nie jest. Nigdy też nie było i nie będzie. Brzydkie może być oryginalne, ale nigdy ładne. Trzeba się z tym pogodzić, wziąć to na klatę i nie robić nikomu wody z mózgu.

Rozumiem, że osoby publiczne, działające w branży modowo – odzieżowej, są pod presją ubierania się dobrze. Mają wyznaczać trendy i wyprzedzać rynek. Niby trudne, ale nie do końca. Jestem w stanie zrozumieć wkładanie na siebie tzw. designerskich, bardzo współczesnych w formie ubrań, aby uniknąć posądzenia  o słaby gust lub nie daj Boże marny wygląd. Druga opcja to przebieranki. Nie lubię. Drażni mnie gdy ktoś robi z siebie klauna. Są w tej grupie wyjątki, w liczbie kilku, które tylko potwierdzają regułę. Tyle. Trzecia droga to wybór właściwego projektanta za przyjaciela – choćby ciuch był marny i tak napiszą, że było świetnie. Nie ma jak dobry PR. Są jeszcze wyznawcy wyprzedaży zagranicą, znanych logo i innych takich, którzy modę interpretują przez pryzmat metki, jeżeli wogóle wyrażenie interpretacja jest w ich przypadku na miejscu.

Tak sobie czasem myślę, gdzie w tym wszystkim jest stara, dobra klasyka ? Prawdziwa elegancja ? Czyżby bezpowrotnie  zakończyła swój żywot ? Bo bycie modnym nie zawsze oznacza bycie eleganckim, ale tego nie wyklucza. Moda  nie musi być dziwaczna w formie by była modna, za to wykorzystana forma może być tylko dobra albo zła. Tak samo jak dzieło sztuki. Tu nie ma półśrodków, odcieni szarości i wielorakiej interpretacji. Moda tak jak sztuka podlega pewnym kanonom, te  ostatnie powstały dawno temu i podważanie ich nie ma sensu. Stąd cierpię męki, kiedy marketing i sztuczne napędzanie rynku tworzą z turpizmu nową harmonię.

Na tym turpistycznym koniu jedzie mnóstwo blogerek i blogerów modowych, dla których Karel Gott, Johannes Guttenberg, Schleswig-Holstein itd. to kluczowe nazwiska, a Poireta nie skojarzą nawet z Herculesem Poirot. Jak grzyby po deszczu powstają różnego rodzaju marne manufaktury udające, że mają coś wspólnego z rynkiem odzieżowym i nie mam tu na myśli firm, które szyją odzież trafiającą pod strzechy przez hale targowe, tudzież importu z Chin, ale geszefciarzy udających, że ich buble to wielka moda. Oj, jakby przydała się jakaś inkarnacja Jadwigi Grabowskiej, która zgromiła i rozgromiłaby całe to towarzystwo wzajemnej adoracji.

Tzw. branża próbuje się bronić, ale czyni to z różnym skutkiem. Często ważniejsze są wzajemne powiązania, zobowiązania, znajomości i brakuje odwagi lub wystarczającego autorytetu by ryknąć na całe gardło, że coś po prostu jest słabe. Rynek czyli odbiorcy są skołowani i w tym ogólnie panującym galimatiasie trudno już o jakiś głos zdrowego rozsądku, a jak takowy się pojawi to ginie w jazgocie.

Żywię jednak nadzieję, że po tym sturm und drang powstanie coś wartościowego, że będziemy zmierzać ku docenieniu i szacunku dla tego co naprawdę godne uwagi i nie będziemy się ślepo zachłystywać byle szmatą na grzbiecie celebryty no name. Wierzę, że da się wyedukować i zaszczepić kulturę jakości w modzie, nauczyć rozróżniania prawdziwej pracy od zwykłego krawieckiego szwindlu, a ktoś kto chce uszczknąć 15 minutes of fame zniknie w niebycie.